Najwcześniejsze losy dzielnej "Białej Loli".
Początek:
Wyruszyłam z rodzicami z Wilczysk Dolnych w poszukiwaniu nowego miejsca na osiedlenie. Nie spodziewałam się wtedy, że los szykuje dla mnie całkowicie inną drogę życia. Na samym początku, szliśmy z całą naszą watahą. Najsilniejsze osobniki w naszej rodzince wyznaczały drogę gdzie mamy podążać, a samice zamykały cały orszak i miały nas na oku, abyśmy się nie pogubili. Jako wesołe szczenię, harcowałam z moimi kuzynami i kuzynkami bawiąc się, biegając i przeszkadzając dorosłym. Wieczorami gdy robiliśmy postój, samce wyruszały na polowania aby nas wszystkich wykarmić, żebyśmy mieli silę na dalszą podroż. Czasem to były piękne młode jelenie, sarny a czasami niestety małe myszki czy zające. Po obfitej lub trochę mniej sytej kolacji, gromadziliśmy się wszyscy w jednym miejscu i radośnie wyliśmy do księżyca. Hałas był tak niesamowicie głośny, że wszystkie okoliczne sowy i nietoperze wylatywały ze swoich kryjówek w panice. Później dorośli opowiadali nam historyjki związane z naszą watahą a następnie zaganiano nas do spania. Nikt nie musiał nam tego dwa razy powtarzać, bo wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni po wyczerpującej drodze. Nazajutrz wyruszaliśmy w dalszą drogę. Pewnego dnia, gdy słońce było najwyżej na niebie, usłyszeliśmy psy myśliwskie z oddali. Padła szybka decyzja o rozdzieleniu się stada ze względów bezpieczeństwa, i spotkaniu się w umówionym miejscu jakieś 20 km stąd. Ja z rodzicami pognaliśmy w kierunku wschodnim. Jako młode i niedoświadczone szczenię szłam w środku, cała w strachu, a rodzice z przodu i z tyłu. Cały czas obserwowali uważnie otoczenie i mieli uszy nastawione tak, aby wszystko słyszeć. Niestety to nie wystarczyło. Psy myśliwskie nas dopadły. Rodzice wdali się w bójkę z psami, lecz przyszli ludzie z bronią i zaczęli strzelać. Najpierw strzał poszedł w kierunku taty. Odrzuciło go do tyłu, a z prawego boku leciała krew. Zaczął skomleć i chyba chciał coś powiedzieć ale wtedy człowiek oddał drugi strzał w jego kierunku. Potem szybko, nie zastanawiając się, wystrzelił do mamy. Ta tylko powiedziała, żebym uciekała jak najdalej od ludzi. Udało mi się. Tylko mi. Włóczyłam się po lasach i bagnach, czasem po polach, przez kilka miesięcy. Dorosłam, nauczyłam się polować sama. Mojej watahy już nie odnalazłam. Zostałam samotnym wilkiem, zdana wyłącznie na siebie.
Wyruszyłam z rodzicami z Wilczysk Dolnych w poszukiwaniu nowego miejsca na osiedlenie. Nie spodziewałam się wtedy, że los szykuje dla mnie całkowicie inną drogę życia. Na samym początku, szliśmy z całą naszą watahą. Najsilniejsze osobniki w naszej rodzince wyznaczały drogę gdzie mamy podążać, a samice zamykały cały orszak i miały nas na oku, abyśmy się nie pogubili. Jako wesołe szczenię, harcowałam z moimi kuzynami i kuzynkami bawiąc się, biegając i przeszkadzając dorosłym. Wieczorami gdy robiliśmy postój, samce wyruszały na polowania aby nas wszystkich wykarmić, żebyśmy mieli silę na dalszą podroż. Czasem to były piękne młode jelenie, sarny a czasami niestety małe myszki czy zające. Po obfitej lub trochę mniej sytej kolacji, gromadziliśmy się wszyscy w jednym miejscu i radośnie wyliśmy do księżyca. Hałas był tak niesamowicie głośny, że wszystkie okoliczne sowy i nietoperze wylatywały ze swoich kryjówek w panice. Później dorośli opowiadali nam historyjki związane z naszą watahą a następnie zaganiano nas do spania. Nikt nie musiał nam tego dwa razy powtarzać, bo wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni po wyczerpującej drodze. Nazajutrz wyruszaliśmy w dalszą drogę. Pewnego dnia, gdy słońce było najwyżej na niebie, usłyszeliśmy psy myśliwskie z oddali. Padła szybka decyzja o rozdzieleniu się stada ze względów bezpieczeństwa, i spotkaniu się w umówionym miejscu jakieś 20 km stąd. Ja z rodzicami pognaliśmy w kierunku wschodnim. Jako młode i niedoświadczone szczenię szłam w środku, cała w strachu, a rodzice z przodu i z tyłu. Cały czas obserwowali uważnie otoczenie i mieli uszy nastawione tak, aby wszystko słyszeć. Niestety to nie wystarczyło. Psy myśliwskie nas dopadły. Rodzice wdali się w bójkę z psami, lecz przyszli ludzie z bronią i zaczęli strzelać. Najpierw strzał poszedł w kierunku taty. Odrzuciło go do tyłu, a z prawego boku leciała krew. Zaczął skomleć i chyba chciał coś powiedzieć ale wtedy człowiek oddał drugi strzał w jego kierunku. Potem szybko, nie zastanawiając się, wystrzelił do mamy. Ta tylko powiedziała, żebym uciekała jak najdalej od ludzi. Udało mi się. Tylko mi. Włóczyłam się po lasach i bagnach, czasem po polach, przez kilka miesięcy. Dorosłam, nauczyłam się polować sama. Mojej watahy już nie odnalazłam. Zostałam samotnym wilkiem, zdana wyłącznie na siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz